Patryk Szaj - Antropocen jako koniec (pewnego) świata - transkrypcja

Od czasu, gdy Paul Crutzen i Eugene Stroemer spopularyzowali w 2000 roku pojęcie antropocenu (Crutzen, Stroemer 2000), zrobiło ono oszałamiającą karierę w naukach humanistycznych i społecznych. Jak powiedział Bruno Latour (2014), koncept antropocenu stanowił wspaniały i niezasłużony podarunek geologów dla humanistów, uwolnił on bowiem wielki ferment intelektualny i doprowadził do czegoś, co z kolei Christophe Bonneuil nazwał „zwrotem geologicznym w naukach humanistycznych” (2015).

            Przeniesienie koncepcji antropocenu z pola geologii na pole humanistyki dość często odbywa się jednak za cenę pewnych uproszczeń, niedomówień czy przeinaczeń, dlatego warto pamiętać o kilku podstawowych kwestiach. Po pierwsze, „antropocen” jest hipotetyczną nową epoką geologiczną (nie została ona jeszcze oficjalnie zatwierdzona, choć Zespół Roboczy ds. Antropocenu w maju 2019 roku rekomendował taką decyzję). Oznacza to, że rozmawiając o antropocenie, poruszamy się w „nieludzkim” polu geohistorii – operujemy odcinkami czasowymi rzędu setek tysięcy, a nawet milionów lat. Dlatego mówi się też o „szoku antropocenu” (Bonneuil, Fressoz 2016), związanym z błyskawicznym jak na standardy geologii tempem antropogenicznych zmian klimatu.

            Po drugie, aby antropocen został uznany za epokę geologiczną, trzeba udowodnić, że ślad stratygraficzny ludzkości (czyli materialny wpływ człowieka na geologię Ziemi) jest rzeczywiście znaczący. Stąd biorą się spory co do początku epoki antropocenu: niektórzy skłonni są sytuować ją już w okresie rewolucji neolitycznej sprzed ok. 11–10 000 lat, inni – na przełomie XIV i XV wieku, gdy rozpoczęły się europejskie podboje kolonialne, jeszcze inni – w okresie rewolucji przemysłowej i związanego z nią bezprecedensowego zużycia paliw kopalnych. Jak dotąd najbardziej wiarygodną hipotezą początku antropocenu jest jednak tak zwane wielkie przyspieszenie, jakie nastąpiło po 1945 roku. Bardzo instruktywne są pod tym względem tabele przedstawione przez Willa Steffena, Paula Crutzena i Johna McNeilla w artykule The Anthropocene: Are Humans Now Overwhelming the Great Forces of Nature? (2007), zaktualizowane później przez Steffena i jego współpracowników (2015). Za hipotezą Wielkiego Przyspieszenia przemawiają więc m.in. takie argumenty jak: obecność wykrywalnego na całej planecie opadu promieniotwórczego (spowodowanego testami nuklearnymi), gigantyczne zużycie zasobów ziemskich, w tym olbrzymia „kariera” paliw kopalnych, wykładniczy wzrost liczebności populacji ludzkiej, przekształcenie ziem w pola uprawne, przełowienie mórz i oceanów, bezprecedensowy wzrost gospodarczy, przyrost odpadów cywilizacyjnych, zużycie wody, wykorzystywanie sztucznych nawozów w rolnictwie i – oczywiście – coraz większa koncentracja gazów cieplarnianych w atmosferze.

            Po trzecie wreszcie, to, co z punktu widzenia geologii wydaje się niepodważalne: uzyskanie przez ludzkość sprawczości planetarnej, z punktu widzenia nauk społeczno-humanistycznych okazuje się kontrowersyjne ze względu na takie kwestie jak nierówna odpowiedzialność ludzi – w obrębie poszczególnych krajów oraz pomiędzy krajami rozwiniętymi i rozwijającymi się – za kryzys klimatyczny, utożsamienie ludzi różnych ras, płci, klas społecznych z jednolitym „anthroposem” – człowiekiem jako takim, czy wreszcie nieoczekiwane konserwowanie antropocentrycznej wizji świata, tracącej z oczu sprawczość aktorów nie-ludzkich. Stąd biorą się rozmaite alternatywne wobec antropocenu koncepcje, takie jak kapitałocen, technocen, plastikocen, plantacjocen, mantropocen, nekrocen, chthulucen czy ekocen.

            Jeśli więc w 1995 roku Lawrence Buell stwierdzał, iż „kryzys ekologiczny jest także kryzysem wyobraźni” (1995: 2), to ów ferment pojęciowy wskazuje nie tylko na słabości koncepcji antropocenu, ale również na próbę – przynajmniej konceptualnego – przezwyciężenia tego kryzysu. W moim odczuciu wszystkie te koncepcje nie wykluczają się wzajemnie, ale się uzupełniają – najlepiej myśleć o nich jako o różnorodnych elementach dyskursu antropocenu pojętego jako całokształt i brać z każdego z nich to, co łagodzi niedoskonałości innych propozycji.

            Z powyższych powodów uważam, że antropocen stanowi radykalne wyzwanie hermeneutyczne: skłania on do wytężonej pracy rozumienia nad sytuacją, w jakiej znaleźliśmy się my, aktorzy pozaludzcy oraz Ziemia jako taka, a jednocześnie wymyka się konwencjonalnemu rozumieniu, gdyż jako „potworny” problem (Bińczyk 2018: 105-108) ujawnia całkowitą anachroniczność naszych modeli poznawczych oraz paradygmatów politycznych, ekonomicznych, ekologicznych i etycznych. A zatem jeśli dotychczasowe rozumienie tego, kim są ludzie, jakie miejsce zajmują oni w obrębie sieci życia i w jaki sposób mogą czerpać korzyści z pracy biosfery, okazało się błędne, to w pewnym sensie dyskurs antropocenu polega na próbie lepszego rozumienia wszystkich tych spraw. By nie być gołosłownym, oto kilka cytatów:

Pojawienie się ekokrytyki jako dziedziny uniwersyteckiej sygnalizowało nowy i obiecujący hermeneutyczny horyzont interpretacji i rozumienia świata naturalnego oraz literatury.

The emergence of ecocriticism in the academy had signalled a new and a promising hermeneutical horizon in our interpretations and understanding of the natural world and literature (Oppermann 2006: 103).

Stawienie czoła kryzysowi ekologicznemu jest w równym stopniu zadaniem hermeneutycznym i dyskursywnym, co naukowym i społecznym, praktycznym i politycznym.

The challenge of confronting ecocrisis is as much hermeneutic and discursive as it is scientific and social, practical and political. (Rigby 2008: 19

[Literatura globalnego ocieplenia] wprowadza nowe zagadnienia dotyczące skali – astronomicznej skali przestrzennej, geologicznej skali czasowej oraz skali czasu ewolucyjnego w odniesieniu do historii życia – a wszystko to w poszukiwaniu rozumienia związku pomiędzy historią panującej na planecie atmosfery a zdolnością owej planety do podtrzymywania życia.

[The literature on global warming is] introducing new questions of scale – astronomical scales for space, geological scales for time, and scales of evolutionary time for the history of life – all in search of understanding the relationship between the history of the planet’s atmosphere and its life-carrying capacity. (Chakrabarty 2015: 154)

Jako przedstawiciel tego gatunku jestem odpowiedzialny za antropocen. Oczywiście formalnie ponoszę odpowiedzialność tylko w takim stopniu, w jakim rozumiem globalne ocieplenie. Właściwie niczego więcej nie potrzeba, by przyjąć za coś odpowiedzialność. […] Mierzymy się z zadaniem myślenia w skalach czasowych i przestrzennych, które są nam obce, a nawet monstrualnie olbrzymie.

I am responsible as a member of this species for the Anthropocene. Of course I am formally responsible to the extent that I understand global warming. That’s all you actually need to be responsible for something. […] We are faced with the task of thinking at temporal and spatial scales that are unfamiliar, even monstrously gigantic. (Morton 2016: 8, 25).

Jeśli nauka o systemach Ziemi stanowi zmianę paradygmatu nauk o Ziemi, to skłania ona również do zmiany ontologicznej, dotyczącej naszego samorozumienia oraz relacji pomiędzy człowiekiem a Ziemią, choć tragiczna prawda jest taka, że nauka wyprzedza ducha czasu o całe dekady.

If Earth System science is a paradigm shift in the earth sciences, then it is prompting an ontological shift in self-understanding and the human–Earth relation, although it is tragically true that the science is decades ahead of the zeitgeist (Hamilton 2017).

Pora wreszcie, by przejść do głównej tezy mojego wystąpienia, a brzmi ona tak: moment dziejowy, w jakim się znaleźliśmy, to koniec świata. Koncepcja antropocenu nie oddaje zwykłej eskalacji kryzysu ekologiczno-klimatycznego, wyznacza ona coś, co naukowcy badający systemy Ziemi nazywają „zwrotem systemowym” – radykalnym przekształceniem dotychczasowych warunków planetarnych sprzyjających życiu w postaci, w jakiej je znamy. Nie chodzi więc po prostu o to, że problemy ekologiczne stają się coraz bardziej palące. Chodzi o gwałtowne i nieodwracalne przejście Ziemi w stan nieznany dotąd ludzkiemu doświadczeniu. Jak to ujmuje Clive Hamilton,

Niezwykle ważne jest, aby zrozumieć, że termin „antropocen” nie został ukuty w celu opisania stale zwiększającego się wpływu człowieka na krajobraz albo dalszego przekształcania ekosystemów; termin ten opisuje zerwanie w funkcjonowaniu systemu Ziemi pojętego jako całość.

It is of the utmost importance to understand that the “Anthropocene” is not a term coined to describe the continued spread of human impacts on the landscape or further modification to ecosystems; it is instead a term describing a rupture in the functioning of the Earth System as a whole (Hamilton 2017).

Mamy tu do czynienia z zerwaniem, a nie z postępującym kryzysem, między innymi dlatego, że klimat ziemski cechuje się występowaniem określonych sprzężeń zwrotnych: zmiana jakiegoś czynnika może wywołać efekt domina. Jednym z takich dodatnich sprzężeń destabilizujących klimat Ziemi jest na przykład obniżanie się albedo lodu w Arktyce i w Antarktyce, czyli stosunku ilości promieniowania słonecznego, które zostaje odbite, do promieniowania, które pada. Im jest cieplej, tym więcej lodu topnieje. Im mniej białego lodu, tym więcej energii słonecznej zostaje pochłonięte (a nie odbite). Im więcej energii słonecznej zostaje pochłonięte, tym bardziej Ziemia się nagrzewa. Im bardziej Ziemia się nagrzewa, tym więcej lodu się topi, prowadząc do jeszcze większego ocieplenia. Dodajmy do tego tę „drobnostkę”, że topniejący lód przyczynia się oczywiście do znacznego podniesienia poziomu mórz i oceanów, grożąc zalaniem wybrzeży zamieszkanych aż przez 30% ludności świata. To dlatego Dahr Jamail, autor książki Koniec lodu, stwierdza: „Co dzieje się w Arktyce, nie zostaje w Arktyce” (2020: 240).

            Jeszcze jednym pojęciem z zakresu nauki o systemach Ziemi – czyli swego rodzaju metanauki badającej Ziemię jako zunifikowany, skomplikowany i nieustannie ewoluujący system – są „granice planetarne”, do których należą: zmiana klimatu, utrata bioróżnorodności, granice biogeochemiczne, zakwaszenie oceanów, użytkowanie gruntów przez rolnictwo, zasoby słodkiej wody, zubożenie warstwy ozonowej, aerozole atmosferyczne oraz zanieczyszczenie chemiczne. Spośród owych dziewięciu granic co najmniej trzy pierwsze zostały już przekroczone. Oznacza to, że nie da się już odwrócić dokonujących się w ich obrębie procesów.

            Timothy Morton, jeden z teoretyków antropocenu, od wielu lat mówi, że koniec świata tak naprawdę już nastąpił, nawet jeśli nie zdajemy – czy może: nie chcemy zdawać – sobie z tego sprawy. Amerykański filozof przytacza jeszcze jeden dowód na prawdziwość owej diagnozy: pojawienie się hiperobiektów. Nazywa on tak wytwory antropocenu, nad którymi utraciliśmy kontrolę i które przekraczają nasze zdolności poznawcze: są na tyle potężne i długotrwałe, że trzeba o nich myśleć w skali geologicznej, a nie ludzkiej. Inaczej mówiąc: są to nasze „dzieła”, które wymknęły nam się z rąk i uzyskały autonomiczną sprawczość. Ujawniają one tym samym, że „hipersprawczość” człowieka doprowadza w konsekwencji do jego „hiperbezradności”. Przykład hiperobiektu stanowią gazy cieplarniane – emitowane dziś, pozostaną w atmosferze przez setki tysięcy lat, być może dużo dłużej, niż istnieć będzie gatunek ludzki. Podobnie rzecz się ma z odpadami, zwłaszcza plastikowymi, które będą się rozkładać dużo dłużej, niż my sami będziemy żyć.

            Antropocen jest jednak jedynie końcem pewnego świata: końcem świata, jaki znamy. Mówiąc to, czynię oczywiście aluzję do dwóch publikacji: Końca świata, jaki znamy Immanuela Wallersteina z 1999 roku oraz późniejszego o dziesięć lat Końca świata, jaki znaliśmy Clausa Leggewie i Haralda Welzera.

            Tym, co w formule koniec świata, jaki znamy wydaje mi się szczególnie pociągające, jest zawarta w niej amfibolia, czyli figura wieloznaczności składniowej. Dopowiedzenie jaki znamy odnosi się tu zarówno do świata, jak i do końca. I o to właśnie chodzi, aby odniesienia te funkcjonowały na równych prawach.

            Koniec świata, jaki znamy oznacza wprawdzie, że świat (nasz świat) się kończy, ale po nim nastanie inny, być może taki, w którym znajdzie się jeszcze miejsce dla człowieka, ale raczej na pewno nie taki, w którym człowiek odgrywać będzie główną rolę. W całej geohistorii naszej planety doszło dotąd do pięciu (sześciu, jeśli liczyć to trwające obecnie) masowych wymierań, a każde z nich było końcem (jakiegoś) świata, ale też początkiem nowego, dotąd nieznanego. Była nim nawet katastrofa tlenowa sprzed ponad dwóch miliardów lat, która zmiotła z powierzchni Ziemi bakterie beztlenowe i przyczyniła się do zaistnienia warunków, w jakich wiele milionów lat później mogły wyewoluować ssaki, a z nich ludzie.

            Koniec świata, jaki znamy oznacza natomiast, że doświadczamy aktualnie jakiegoś rodzaju końca, który być może nie ujawnia (jeszcze) wszystkich swoich konsekwencji, coś przed nami odsłania, ale i coś zaciemnia. Jest to też koniec, by tak rzec, rozszczepiony: podczas gdy niektóre regiony świata, przede wszystkim Globalne Południe, już go doświadczają, na Globalnej Północy udajemy jeszcze, że nic się nie dzieje.

            Jeśli więc antropocen jest końcem pewnego świata, a nie świata w ogóle, to w charakterze podsumowania – bardzo skrótowo – chciałbym pokusić się o przemyślenie, jaki świat się kończy. Wyróżniłbym pięć aspektów tego końca (choć nie twierdzę, że jest to wyczerpujące wyliczenie).

            Po pierwsze, nie ma wątpliwości, że nastał koniec nowoczesności pojętej jako projekt zapanowania nad naturą i podporządkowania jej celom człowieka. Zainicjowany wraz z filozofią Francisa Bacona i Kartezjusza, radykalnie oddzielającą Społeczeństwo od Natury i utrzymującą, że sprawy człowieka są jedynie sprawami Historii (a nie na przykład sprawami biologicznych warunków życia), tak naprawdę nigdy nie był w stanie spełnić postawionego sobie celu, co oczywiście wielokrotnie już podkreślano – wystarczy przywołać słynną książkę Brunona Latoura Nigdy nie byliśmy nowocześni. Choć niektórzy – zwłaszcza orędownicy tzw. ekomodernizmu i „dobrego” antropocenu, transhumaniści i geoinżynierowie – wciąż wierzą jeszcze w nowoczesność i we wszechmoc człowieka, spotykają się oni z miażdżącą i jak najbardziej słuszną krytyką.

            Poza tym jednak, że nowoczesność nigdy nie była w stanie spełnić swych obietnic, uprzywilejowała ona model racjonalności, który Max Horkheimer nazwał rozumem instrumentalnym. Jest to rozum nastawiony na cel i dążący do jego realizacji za wszelką cenę, ignorujący skutki uboczne swych działań i traktujący zarówno innych ludzi, jak i naturę pozaludzką, jak zasób czy też surowiec. Pomijając już nawet etyczną ślepotę rozumu instrumentalnego, tym, co z pewnością można mu zarzucić, jest to, że traci on też z oczu całokształt warunków, w jakich snuje swe mocarstwowe wizje. Skutkiem tego, jak mówi Marcin Popkiewicz, „Przeprowadzamy bezprecedensowy eksperyment geoinżynieryjny na skalę globalną, nie mając pojęcia, co właściwie robimy” (2016: 393). Właściwie jednak, to mamy coraz większe pojęcie, co robimy, a mimo to robimy to dalej:

W epoce Wielkiego Przyspieszenia po roku 1950 obserwujemy zmiany dotyczące cyklu azotowego oraz ilości azotu i fosforu w glebie (niespotykane od 2,5 miliarda lat), zmiany dotyczące wzrostu ilości CO2 w atmosferze (nie występowały one na Ziemi od 800 tysięcy lat), a także dramatyczny wzrost poziomu zakwaszenia oceanów (poziom niewystępujący na Ziemi od 300 milionów lat). Świadczą one o nieznanej wcześniej […] presji ekologicznej jednego gatunku. Towarzyszy temu rejestrowana we wszystkie ekosystemach ziemskich utrata bioróżnorodności, a także planetarna homogenizacja gatunków […] (Bińczyk 2018: 91-92).

W związku z tym, po drugie, antropocen wyznacza definitywny koniec końca historii. Wiele już krytyki spadło na Francisa Fukuyamę za wybitnie nietrafioną tezę o triumfie demokracji liberalnej, która miała odtąd niepodzielnie rządzić światem, więc chciałbym skupić się tylko na jednym aspekcie: odpowiedzialności neoliberalizmu za katastrofę klimatyczną. To ta doktryna oraz stojący za nią gracze polityczno-ekonomiczni doprowadzili świat do ruiny, ignorując ostrzeżenia naukowców formułowane już od lat 70. XX wieku i przekształcając całą Ziemię w hipermarket (też już zresztą martwej) globalizacji. Tu mogę polecić trzy książki podejmujące krytykę neoliberalnej ekonomii: Farmagedon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa Philipa Lymbery’ego (o przemyśle mięsno-mleczarskim), Władców jedzenia Stefano Libertiego (o przemyśle żywieniowym) i Wydobycie Ugo Bardiego (o wielkim skoku na kształtowane przez miliony lat surowce Ziemi, które kapitalizm doprowadził do wyczerpania w ciągu kilku stuleci).

            Innym aspektem końca końca historii jest powrót wielkich narracji i niebezpiecznych tendencji politycznych, takich jak nacjonalizm i faszyzm, będących bezpośrednim następstwem doktryny neoliberalnej i dramatycznie fałszywą odpowiedzią na prekaryzację życia (całego życia, ludzkiego i pozaludzkiego) w późnym kapitalizmie. Fałszywą, gdyż daje ona iluzję ścisłej więzi z (iluzorycznie!) suwerenną wspólnotą w świecie, który jest niesamowicie skomplikowany i powiązany niezliczoną ilością powiązań ekonomicznych, politycznych, ekologicznych czy klimatycznych.

            Po trzecie, antropocen jako epoka geologiczna wyznacza oczywiście koniec holocenu: epoki łagodnego, sprzyjającego życiu (w postaci, w jakiej je znamy) i cywilizacjom ludzkim klimatu. Bardzo ważne jest, aby uświadomić sobie, co to właściwie oznacza. Początek holocenu mniej więcej zbiegł się w czasie z rewolucją neolityczną, dzięki której (albo: przez którą) dotychczasowi łowcy-zbieracze stali się rolnikami. W pewnym sensie właśnie o tym traktuje biblijny mit wyjścia z Raju. Istnieją wiarygodne dane wskazujące, że ostatni łowcy-zbieracze żyli na wyższym poziomie niż pierwsi rolnicy, a zmiana trybu życia wynikała z ekologicznej konieczności, a nie z dobrowolnej decyzji. Co istotniejsze, rewolucja neolityczna wyznacza początek czegoś, co Timothy Morton nazywa „agrologistyką”: wielkiego paradygmatu cywilizacyjnego sterującego odtąd postępowaniem, myśleniem i rozwojem cywilizacji ludzkich aż po dziś dzień: gdy kości kultury (czyli, zgodnie z etymologią, uprawy) zostały rzucone, nie było odwrotu. Dlaczego „agrologistyka” była ślepą uliczką? Tu można przywołać słowa Jamesa Serpella, które chyba wystarczająco dobitnie to tłumaczą:

Dzieje rolnictwa to w istocie jedna bezustanna ekspansja i wdzieranie się w świat dzikiej przyrody; zastępowanie stabilnych, złożonych ekosystemów systemami stworzonymi przez człowieka, w których dominuje jedynie garstka udomowionych gatunków. […] Rolnik nie ma innego wyjścia, jak działać w opozycji do przyrody. Ziemię trzeba wykarczować, a chwasty i szkodniki, które przywracałyby stan pierwotny, bezwzględnie zwalczać. Żywy inwentarz musi być zamykany i pilnowany, jeśli trzeba siłą, aby nie zabłąkał się i nie zdziczał lub nie padł ofiarą drapieżników. Cały system polega w gruncie rzeczy na podporządkowaniu sobie przyrody oraz na dominacji i manipulowaniu żywymi istotami (Serpell ??).

12 000 lat później skutki agrologistyki okazują się opłakane. Według zeszłorocznego raportu IPCC rolnictwo przemysłowe, w tym rolnictwo związane z przemysłem mięsno-mleczarskim, odpowiada dziś za 23% wszystkich emisji gazów cieplarnianych – to więcej niż ma na sumieniu cały transport lądowy, morski i powietrzny razem wzięty. Oazy bioróżnorodności, jakimi są tropikalne lasy deszczowe, przekształca się w monokulturowe uprawy soi czy oleju palmowego. Samo rolnictwo zużywa 40% europejskich zasobów słodkiej wody. Pestycydy i herbicydy prowadzą do masowego wymierania owadów i do zanieczyszczenia wód gruntowych. Ludzkie łańcuchy żywieniowe niszczą nie-ludzkie łańcuchy troficzne.

            Ale to tylko jedna strona medalu. Druga jest taka, że „zerwanie” antropocenu czy też „zmiana systemowa” warunków planetarnych oznacza, że dotychczasowy model rolnictwa przemysłowego jest po prostu nie do utrzymania. Niech odbiorczynie i odbiorcy tego wykładu sami odpowiedzą sobie na pytanie, czy gdzieś na horyzoncie widać rzeczywiste systemowe rozwiązania zapewniające głęboką adaptację do zmian, które są nieuchronne.

            Po czwarte, koniec świata, jaki znamy, to także koniec kapitalizmu. Jest to ten aspekt końca, który najtrudniej nam sobie wyobrazić, ale w rzeczywistości nie musimy sobie niczego wyobrażać. Ten koniec już nastąpił, gdyż kapitalizmowi po prostu „skończyła” się Ziemia. Jak dowodzi Jason W. Moore, system kapitalistyczny od początku swego istnienia opierał się na ideologii „taniej natury”, zaprzęgającej naturę – w tym naturę ludzką – do pracy na rzecz kapitału. Jednym z aspektów owej ideologii jest logika eksternalizacji, czyli uzewnętrzniania kosztów działalności kapitalistycznej. Na czym polega to uzewnętrznianie? Bogaty Zachód wysyła swe śmieci do krajów tzw. Trzeciego Świata. Produkcja kapitalistyczna eksportuje gazy cieplarniane do przekształcanej w wielki śmietnik atmosfery. Koszty bailoutu upadających banków pokrywają podatnicy. Rzecz w tym, że kryzys klimatyczny wyznacza moment, w którym nie ma już dokąd eksternalizować: wszelkie ukrywane dotąd koszty środowiskowe wyszły na jaw. Nie da się już dłużej ignorować sprzeczności metabolicznych kapitalizmu: radykalnej dysproporcji między logiką akumulacji a granicami planetarnymi.

            I wreszcie, po piąte, mam nadzieję, że całe to wystąpienie czyni dość jasnym, iż powinniśmy brać pod uwagę wysokie prawdopodobieństwo całkiem realnego końca świata, jaki znamy: końca świata ludzkich cywilizacji. Końca świata niespotykanej bioróżnorodności. Końca świata o bezpiecznym dla ludzi i nie-ludzi klimacie. Końca świata mądrych zwierząt, które wynalazły poznanie.

 

Bibliografia

Bardi U., Wydobycie. Jak poszukiwanie bogactw mineralnych pustoszy naszą planetę, przeł. J. Bednarek, Warszawa 2018.

Bińczyk E., Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu, Warszawa 2018.

Bonneuil C., Fressoz J.-B., The Shock of the Anthropocene. The Earth, History and Us, New York 2016.

Bonneuil C., The Geological Turn: Narratives of the Anthropocene, w: The Anthropocene and the Global Environmental Crisis. Rethinking Modernity in a New Epoch, London-New York 2015.

Buell L., The Environmental Imagination: Thoreau, Nature Writing, and the Formation of American Culture, Harvard 1995.

Chakrabarty D., The Human Condition in the Anthropocene, Yale 2015.

Crutzen P., Stroemer E., The Anthropocene. „IGBP Global Change Newsletter” 2000, nr 41.

Hamilton C., Defiant Earth. The Fate of Humans in the Anthropocene. Crows Nest 2017.

Jamail D., Koniec lodu. Jak odnaleźć sens w byciu świadkiem katastrofy klimatycznej, przeł. A. Paszkowska, Warszawa 2020.

Latour B., Anthropology at the Time of the Anthropocene – a personal view of what is to be studied, Distinguished lecture American Association of Anthropologists Washington, December 2014.

Latour B., Nigdy nie byliśmy nowocześni. Studium z antropologii symetrycznej, przeł. M. Gdula, Warszawa 2011.

Leggewie C., Welzer H., Koniec świata, jaki znaliśmy. Klimat, przyszłość i szanse demokracji, przeł. P. Buras, Warszawa 2012.

Libert S., Władcy jedzenia. Jak przemysł spożywczy niszczy planetę, przeł. E. Nicewicz-Staszowska, Warszawa 2019.

Lymbery P., Oakeshott I., Farmagedon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa, przeł. R. Oślizło Białystok 2015.

Moore J.W., Capitalism in the Web of Life, London 2015.

Morton T., Dark Ecology, New York 2016.

Morton T., Hyperobjects: Philosophy and Ecology after the End of the World, Minneapolis, London 2013.

Opperman S., Theorizing Ecocriticism. Toward a Postmodern Ecocritical Practice. „ISLE” 2016, nr 2.

Popkiewicz M., Świat na rozdrożu, Katowice 2016.

Rigby K., Discoursing on Disaster. The Hermeneutics of Environmental Catastrophe, „Tamkang Review” 2008, nr 1.

Rockström J. i in., Planetary Boundaries: Exploring the Safe Operating Space for Humanity, „Ecology and Society” 2009, nr 2.

Serpell J., W towarzystwie zwierząt, przeł. A. Alichniewicz, Warszawa 1999.

Steffen W. i in., The Trajectory of the Anthropocene. The Great Acceleration, „The Anthropocene Review” 2015, nr 1.

Steffen W., Crutzen P., McNeill J., The Anthropocene. Are Humans Now Overwhelming the Great Forces of Nature?, „Ambio” 2007, vol. 36, nr 8.

Wallerstein I., Koniec świata jaki znamy, przeł. M. Bilewicz, A.W. Jelonek, M. Tyszka, Warszawa 2004.