Jakub Skurtys - Stand-up tragedy: o poezji, antropocenie i nowym katastrofizmie - transkrypcja

I: na początek

W jubileuszowym numerze „Twórczości” z tego roku Dominika Słownik w swoim cyklu „Fiszki” opublikowała cudowny, krótki tekścik „Co można robić, kiedy ma się deadline”, który składa się wyłącznie z wyliczeń różnych absurdalnych czynności. Można go przeczytać online (celowo postanowiłem bazować właściwie tylko na materiałach w wolnym dostępie), więc gorąco polecam. Tutaj tylko dwa zdania początku i końca, bo te akurat czynności to taka wzorowa wręcz pętla protakstynacyjna. Otóż, można: „sprawdzić prognozę pogody; gapić się w chmury, czekając na deszcz – zrozumieć, że deszczu nie będzie”[1]. Ale deszcz był. Akurat przeszły nad krajem superburze, połamały drzewa i podlały ogródki, i zgrało mi się to z Nanofestiwalem, który odbywa się niby wyłącznie w sieci, ale przecież na stronach Rolnictwa Miejskiego. Pomyślałem, że trzeba w końcu nagrać ten antywykład. Anty, bo jednak zwykle nie tak wykłada się historię poezji, a chciałbym mówić właśnie o niej, chociaż oczywiście nie zapominając o antropocenie i katastrofach. A właściwie o czymś, co nazwałbym „nowym katastrofizmem” lub „katastrofizmem planetarnym”. O poezji, bo na tym się troszkę znam, o antropocenie – bo taki jest temat festiwalu, o katastrofach, bo właściwie cały antropocen – zwłaszcza ten w humanistycznym, a nie geologicznym ujęciu – to z perspektywy Ziemi i jej geologicznej historii jedna wielka katastrofa.

Zaproszony do tego wykładu pomyślałem, że nie jestem najodpowiedniejsza osobą do opowiadania o antropocenie i związanej z nim katastrofie. Po pierwsze: wykład ekspercki. Co to w ogóle znaczy w tym kontekście? „Ekspert od katastrof” brzmi dość kuriozalnie. Mamy zapewne kilku ekspertów od tego typu zagadnień, np. Konrada Wojnowskiego, który kilka lat temu wydał monografię „Pożyteczne katastrofy”, stosując narzędzia teorii komunikacji i cybernetyki, w tym virnowską metaforę „bomby informacyjnej” i traktował katastrofę jako komunikat „niemożliwy do zaprogramowania i skutkujący nagłym uwolnienie entropii energetycznej i informacyjnej danego układu”. Albo Pawła Mościckiego czy Jakuba Momrę, specjalistę od filozofii „radykalnej nowoczesności”. W rzeczywistości nie są to oczywiście eksperci od katastrof, tylko od jakiejś humanistycznej teorii katastrof. Nie mogą wydać ekspertyzy w razie trzęsienia ziemi czy karambolu drogowego. W czym miałaby zatem tkwić ich czy moja eksperckość?  Ta figura czy w ogóle zapotrzebowanie na nią na akademii nie ma wcale długiej historii i wiąże się ściśle z przemianami neoliberalnymi, z profesjonalizacją nauki, zawodową rolą uczelni (skupionej na obronie raczej miejsc zatrudnienia). To tylko marginalny passus. Odsyłam do tuzów pokroju Pierre’a Bourdieu i Billa Readingsa[2], a u nas Oskara Szwabowskiego, zwłaszcza do jego świetnie „Nekrofilijnej produkcji akademickiej i pieśni partyzantów” (dostępne online[3]).

Byłbym skłonny twierdzić, że humanistyka nie potrzebuje ekspertów i Państwo nie potrzebują eksperta, żebyśmy mogli się wymienić opowieściami o wierszach, katastrofach i antropocenie. Chyba że wrócimy do etymologicznych korzeni eksperta, do experio, doświadczania – ale wówczas moja rola, jako tego, który wymienia się doświadczeniami wypada jeszcze bardziej kuriozalnie, bo na pewno nie jestem ekspertem od katastrof, a przynajmniej nie bardziej, niż przeciętny poeta Miauczyński, który w minionym roku doświadczył mniej więcej tego samego, co ja. Zostaje mi więc równie niezręczna rola „pana od poezji”. Zresztą, jako historyk literatury – w przeciwieństwie do jej teoretyka czy filozofa – zajmuję się raczej przeszłością niż przyszłością, raczej przypominam, niż prognozuję. I dlatego chciałbym coś przypomnieć, konkretną książkę i kilka wierszy na jej marginesie.

II

Sprawa druga. Stand up tragedy – ogranizatorzy nazwali to wystąpienie za mnie, trochę na czuja, ale za to z poetyckim wyczuciem Szymona Szwarca. I bardzo mi się ten tytuł spodobał. Stand up – bo jakoś chciałem uniknąć poetyki gadających głów; niestety zanim mi się to udało, zdążyłem się rozchorować, więc muszą się państwo zadowolić chałupniczym montażem, który ze standupem ma niewiele wspólnego, za to będzie wykorzystywał – na prawach cytatu oczywiście – wstawki muzyczne (o ile prawo autorskie pozwoli). Tragedy, bo raczej wesoło nie będzie, skoro rozmawiamy o antropocenie, a naszymi głównymi tematami są ostatnio pandemie, katastrofy, wielkie wymieranie i końce świata lub światów. W tym roku trochę nam tego spadło na głowy, chociaż oczywiście wszystkie te tragedie to wynik lub pośredni skutek naszego długofalowego działania. Dobrze wydobył tę relację Przemek Wielgosz w ostatnim „Piśmie”, łącząc biopolitykę, nastroje antykapitalistyczne, pandemię i kryzys ekologiczny w jedną opowieść o katastrofie i szansach z nią związanych:

Kryzys pandemiczny odsyła z jednej strony do neoliberalnego zarządzania masą upadłościową kapitalizmu, a z drugiej do pojęcia antropocenu. Destrukcja systemów zabezpieczenia społecznego i służby zdrowia nakłada się i wzmacnia konsekwencje zanieczyszczeń, wylesiania i wyniszczania środowiska życia zwierząt. Od kilku dekad nasza odporność na skutki kryzysu zdrowotnego, wywołanego międzygatunkową transmisją wirusów, spadała odwrotnie proporcjonalnie do tego, jak zwiększało się ryzyko takiego kryzysu[4].

Wszystko jest ze sobą połączone – może nie aż tak ściśle, jak w noblowskim wykładzie Olgi Tokarczuk, ale jednak. I zupełnie inaczej, niż u w Trawersie Andrzeja Sosnowskiego, bo syndyk masy upadłościowej starego świata wciąż dopomina się o spłatę długu. Jeśli prześledzi się te katastroficzne newsy z ostatniego półrocza, zobaczymy że modne w ostatnich kilku latach diagnozy polityczno-społeczne o oddolnej samoorganizacji ustępują miejsca innym, dotyczącym kruchości naszego życia (czy za Judith Butler – prekarności), życia zawieszonego w bardzo niestabilnym ekotopie, o którym trzeba nagle pomyśleć globalnie, a nawet dalej: w skali planetarnej. Ale można też powiedzieć, że konstruktywistyczne i dialektyczne ujęcia ruchów protestujących na całym świecie, opowieści o nowej wiośnie ludów czy zaostrzającej się walce klas, ustępują chwilowo innej narracji: katastroficznej, w której na pierwszy plan wychodzi widziana w makroskali relacja społeczeństw ze światem wokół i zwłaszcza z szeroko pojętą przyrodą.

Wystarczy przejrzeć tytuły i nagłówki książek i artykułów z kilku minionych lat. W ostatniej dekadzie właściwie w każdych humanistycznym piśmie w kraju jakiś numer dedykowany był tematycznie katastrofom, kryzysom i tragediom.

Dajmy na to „Wakat„, poświęcony „wymiawianu kryzysów” (pominę autorów, bo chodzi mi tylko o poetykę tych tytułów, a nie o to, co w tych tekstach rzeczywiście znajdziemy): „Ekogotyk i biopolityka antropocenu”, „Wyjść z nędzy entropocenu. propozycja internacji”, „Niewidzialny aktorzy pandemii”, „Przejęzyczyć stan wyjątkowy”, „Zdrowie publiczne, biowładza, koronasceptycy i antyszczepionkowcy”, „Postapokaliptyczne źródła akumulacji zasobów”, „Ciężar, pod którym wszystko się zapada”, uff… to akurat recenzja z tomu Justyny Bargielskiej, ale pod adekwatnym tytułem. Ostatni numer „Kultury Współczesnej” – „Katastrowy, kataklizmy, klęski”. A tam np. „Postapokalipsy ekologiczne jako ćwiczenie wyobraźni apokaliptycznej”, „Katastrofa, czyli na ruinach zadomowienia”, „Apokalipsa bez Mesjasza. Współczesne francuskie refleksje o katastrofach i końcu świata”. „Widok” – temat numeru 22. „Zobaczyć antropocen”, a tam katastrofy na katastrofach, „reprezentacje i wizualizacje”, „pełzająca katastrofa” i „głęboki czas planetarnych problemów”. „Teksty drugie” ze stycznia 2020, temat: „post, apo, bio”: „Apokalipsa teraz!!” (czyli Giorgio Agamben i Gunther Anders u Pawła Mościckiego), „Implozje”, „Postapokaliptyka – rekonesans badawczy”, „Oduczanie się człowieczeństwa”, „Mimetyczna pokusa apokalipsy”. Dorzućmy jeszcze kilka podobnych z ostatnich lat: „Znaki katastrofy, spacje ocalenia” – świetnie tomiszcze o Sebaldzie z tego roku (Warszawa 2020, red. P. Czapliński, K. Kończał); „Poetyki ekocydu – ryzyko, konflikt, katastrofa” (Warszawa 2019, red. A. Ubertowska i in.), a tam między innymi: „Katastrofy afektywne”; „Fatamorgana w bezimiennym piekle”; „Ontologia, mortologia, katastrofa”; „Rewolucja jako pozytywna katastrofa: przestrzeń naturalna, ranliwe ciało i radykalne doświadczenie historii”.. i tak dalej. Brzmi to świetnie. Jasne, są to w często diagnozy i rozpoznania społeczno-kulturowe z wycieczkami w stronę literatury, z rzadka do poezji. Nie da się jednak nie zauważyć, że coś jest na rzeczy, że wytworzyła nam się nie tylko kasta specjalistów od katastroficznych metafor końca i życia po końcu, ale też swoista moda na nie. Jest taka strona na FB „Kataklizmy w Polsce i na świecie”, zresztą jedna z wielu i nieustannie zastanawiam się, po co? Nie po to przecież, żeby ostrzegać ewentualne ofiary. Wrzucane tam analizy i nagrania z całego świata mają raczej estetycznie oddziaływać niż raportować. Jak pisał Andrzej Sosnowski w „Sylwetkach i cieniach” (2012), swoje ostatnie tomy programowo poświęcając przecież temu żerowaniu na katastrofach: „It’s just as well. We thrive on disasters. / Mówimy głośno: We thrive on disasters”. Alain Badiou nazwał taki moment „impasem bytu”, przewagą reprezentacji nad prezentacją, i diagnozował, że moment taki zawsze oczekuje na jakiejś mesjańskie Wydarzenie. Wydarzenie pojawia się bowiem tam, gdzie sytuacja ontologiczna wymaga domknięcia (to typowe dla Badiou myślenie oparte na zbiorach matematycznych i liczeniu [count] jako procedurze ontologicznej[5]). Na razie jednak ten impas i oczekiwanie udzielają się nam, tworząc dogodne ramy dla katastroficzny narracji poetyckich.

Najlepiej ujął to „Wakat”, chyba trochę wbrew woli redaktorów: „wymawianie kryzysów”. Wymawianie, jak wymawianie umowy o pracę, ale też jak wymawianie głoski, jak werbalizowanie czegoś, szukanie odpowiedniego języka. Wymawianie trochę też jak zaklinanie. Ale przede wszystkim: wymawianie jako produkcja pięknych metafor, choćby tych z tytułu, pochodu naukawych słów, które – czysto literacko – urzekają jakąś formą patosu i grozy. Bo, jak widać, z tymi stricte literackimi kategoriami, na które przestawiła się literatura nowoczesna wraz z patronatem Nietzschego – mianowicie pozorem, grozą i patosem, konfrontujemy się nie tylko w wierszach. Już nagłówki krytycznych i socjologicznych rozpoznań zapraszają nas to takiej, wysoce afektywnej gry w przerażanie i podbijanie stawki. Powiedziałbym tak: chcemy się bać, bo wciąż liczymy, że ten rodzaj uświadomionej i wypowiedzianej grozy będzie miał moc sprawczą i zmieni coś w ogólnym, polityczno-ekonomicznych porządku świata. Mamy więc estetycznie zjawisko, które określiłbym jak „nowy katastrofizm”, „katastrofizm planetarny”: nagłówki gazet pożyczają naukawe słowa i dociążają je afektywnie, a potem  to samo robią wiersze – zgodnie z postbrulionowa tradycją – zlepione z takich nagłówków, fragmentów newsów i zasłyszanych języków.

III

Skoro jednak festiwal jest toruński, to zacznijmy tak. Pod koniec lat 70. wyszła spod pióra toruńskiego profesora książka o poezji dla mnie absolutnie obowiązkowa, ale z praktyki akademickiej widzę, że coraz rzadziej czytana przez studentów (może na UMK jest inaczej, nie wiem; ona też jest w Internecie, w pełni zdigitalizowana, więc można zajrzeć[6]). Chodzi mi o „Katastrofizm ocalający” Janusza Kryszaka. Rzeczy dotyczyła poezji lat 30., powstającej z dwóch, przeplatających się, materialistycznie pojętych sił: kryzysów ekonomiczno-społecznych oraz robotniczo-chłopskiego uwikłania nowej generacji poetów z okolic Lublina, Łodzi i Wilna w materię. Zwracam uwagę na te siły, bo są one bardzo istotne w konstytuowaniu się całej formacji, którą ogólnie zwykliśmy jeszcze nazywać Drugą Awangardą.

Po pierwsze latach trzydzieste formował kryzys społeczny i polityczny, począwszy od Wielkiego Kryzysu ekonomicznego, przez rewolty pracownicze, rosnące bezrobocie, masowe upadki kopalń, powolną nacjonalizacją, militaryzację i faszyzacje społeczeństwa. Po drugie cechowała je podwyższona świadomość pracy materialnej klas niższych lub zaznających symbolicznego awansu poprzez literaturę – pracy w polu, w warsztacie, przy zwierzętach, własnymi rękoma, a nie tylko w języku i tekstach. To ta świadomość zupełnie rozsadziła futurystyczne i konstruktywistyczne fantazje awangardy i przestawiła je na nieco bardziej konserwatywne tory (myślę tu o Czuchnowskim, Łobodowski, Śpiewaku, Piechalu, nawet o pozwrotnicowym etapie Przybosia). Ale wraz z nią szła inna możliwość: bardziej płynnego przechodzenia obrazów, jakiegoś miękkiego surrealizmu, który nie jest montażem parasola z nożycami krawieckimi, tylko – jak u Józefa Czechowicza – okiem księżyca, odbitym w tafli wody i spoglądającym na nas ze szklanki na oknie.

Katastrofizm był jednak zdaniem Kryszaka ocalający, bo tak jak apokalipsa jest w gruncie rzeczy objawieniem boskiego planu a nie filmem katastroficznym, tak w każdej prognozowanej katastrofie skrywa się nuta nadziei, związanej z oczyszczeniem starego świata i nadejściem nowego. Tak też prognozowana katastrofa z lat 30. – a wiemy, w jaki sposób się ostatecznie wypełniła – miała być szansą na odbudowanie nowej wspólnoty i nowego człowieka. I tak np. Józef Czechowicz przechodzi od samotniczego, debiutanckiego „Kamienia”, w którym cały czas mamy do czynienia z podmiotem wyalienowanego chłopca, do „Nuty człowieczej” z 1939, o której pisał tak: „Przyznaję się do wspólnoty z ludźmi, więcej nawet, do współczucia z nimi”. Jak widać ta kategoria – tu ukłon znowu w stronę wykładu Tokarczuk, współczucia, empatii, nie jest nowa, ale powraca za każdym razem, gdy znajdujemy się w tym impasie bytu, w jakimś oczekiwaniu na nowe.

Teraz dwie analogie ze współczesnością. Pierwsza: wielki kryzys ekonomiczny z lat 2008-2012. Druga: materialność. W tekście, który niedawno ukazał się w „Wielogłosie”, podsumowującym ostatnie trzydziestolecie w poezji i szukającym analogii z międzywojennym dwudziestoleciem i trzydziestoleciem (w zależności od ujęć) Paweł Kaczmarski proponował okolice 2010 jako nową granicę periodyzacyjną dla poezji[7]. Argumentował to właśnie oddziaływaniem kryzysu, nie tyle na stan ekonomiczny, na samą bazę, zarobki poetów itd., ile na rozsypanie się pewnego neoliberalnego status quo – przekonania, że żyjemy w jedynym i najlepszym ze światów. Kryzys tego przekonania coraz częściej występuje w wierszach po roku 2010 jako głęboka refleksja nad globalną socjoekonomiczną nierównością i koniecznością przekroczenia horyzontu wyobraźni, która nas ogranicza. Oczywiście pierwszym krokiem ku takiemu przekroczeniu jest wizja jakieś katastrofy, która zasadnie zmieni porządek świata. Na planie ekonomicznym w refleksji metaliterackiej byłoby to przejście od „Pamiętnika z powstania” Rafała Krausego (Łódź 2013), wykpiwającego, ale też w pewnym sensie afirmującego neoliberalny język samozatrudnienia i ideę „jednoosobowej firmy poetyckiej” do poematu „Bailout” Tomka Bąka z zeszłego roku (Poznań 2019), nagrodzonego właśnie Gdynią, który pokazuje uroszczenia ekonomicznych metafor do zarządzania naszym światem i ich zupełnie fikcjonalny, poetycki charakter.

Analogia druga: materialność. W ostatnich latach niebywałą akademicką karierę robią różnorakie nowe materializmy. U ich podłoża znajduje się refleksja – będąca trochę w konflikcie ze starym, dobrym, marksowskim materializmem, cechującym w większości Drugą Awangardę – o materialnym oddziaływaniu języka oraz o sprawczości bytów nieludzkich, w tym przyrody nieożywionej. W ten sposób różnorakie koncepcje afektywne (inspirowane Deleuze’em choćby, ale przecież nie tylko), ekologiczne i feministyczne, wsparte jeszcze teoriami aktora-sieci, zmieniają się w opowieść o odzyskiwaniu materii przez współczesną literaturę, a właściwie w opowieść o bliskiej relacji literatury i świata, która to relacja spycha w niebyt ostatnie trzy wieki walki nowoczesnej walki z mimesis. Ale w rzeczywistości te nowomaterialistyczne koncepcje w samej poezji to też tylko zaklęcia, wynikające z wielkiej tęsknoty za materią. Podobnie tęsknił przecież Przyboś za spracowanymi rękami rolników, które w gruncie rzeczy były mu zupełnie obce. Ale to tam widział tę magiczną, sprawczą dłoń, która utrzyma ciężar nowej poezji awangardowej jako poezji dla ludu, operującej słowem ściśle spojonym z rzeczą. Chodzi bowiem o co najmniej dwa pragnienia: sprawczość i obecność, które literaturze pięknej zostały odebrane wraz z jej długą walką o estetyczną autonomię i samostanowienie. Sprawczość, sprzęgnięta z obecnością, utwierdza nas w przekonaniu, że słowa działają, że mogą ocalać, zmieniać świat, wywracać systemy polityczne, i że robią to w sposób bezpośredni, jako one same, nie zaś jako wskazówki lub motywacje do innych działań bezpośrednich (strajków, walk klasowych i walk ulicznych). To oczywiście utopijna wiara, ale cóż byśmy zrobili w świecie bez odrobiny utopii, prawda?

 

IV

„Nowy katastrofizm”, czyli co i z kim? Etymologiczna przypominajka: katastrofa to termin ze starożytnej greki, dotyczący finału dramatu, rozwiązania węzła intrygi (tak jeszcze stoi w „Słowniku warszawskim”). Chodzi dosłownie o końcowy przewrót w akcji, obalenie porządku, ale też śmierć bohaterów – o radykalną i zaskakującą zmianę sytuacji, która wieńczy narrację. Jako że zwykle ten przewrót następował spektakularnie raczej w tragediach, niż komediach, słowo obciążone zostało z czasem (drogą przez łacinę, francuski i angielski) pejoratywnym potencjałem znaczeniowym i złączyło się z potocznym znaczeniem tragedii jako czegoś przykrego i gwałtownego. U nas zresztą dopiero w XIX wieku, bo w XVIII funkcjonuje jeszcze jako teatrologiczne pojęcie specjalistyczne.

Zastanówmy się w takim razie, jakie inklinacje powinno mieć dla nas myślenie w trybie katastroficznym? Przede wszystkim będzie to nadal myślenie dramatyczne – pewien sposób dramatyzowania refleksji o dziejach. Tak jakby istniały jakieś linie, którymi biegnie historia, i te konkretne linie dobiegały końca. Po drugiej zakłada się, że koniec tej konkretnej akcji nie jest końcem wszystkiego. To tylko zerwanie jednej z nitek opowieści, którą snujemy i której dajemy zaskakujący finał. Inaczej taka fantazja nie byłaby w żaden sposób produktywna dla nas dzisiaj: nie ostrzegałaby ani nie pouczała.

Ale czy nasz poetycki, nowy katastrofizm musi się odnosić bezpośrednio do jakiejś katastrofy? Gdy patrzymy z perspektywy historyka literatury, odpowiedź jest jasna: oczywiście nie. W tych, które przewinęły się przez nasze dzieje jako pojęcia estetyczne, wcale nie chodziło o konkretne, doznane lub prognozowane katastrofy, a raczej o nastrój lub aurę, która powodowała sięganie po zmierzchowe, religijne metafory wypełniania się danej teleologii dziejów. Chciałbym, żeby to rozróżnienie pozostało dla nas wiążące. Jedno to referencjalna relacja poezja-katastrofa, drugie to przenikający wiersze katastrofizm jako poczucie jakiegoś schyłku i wyczerpywania się istniejących narracji. Sławomir Mazurek – jako filozof i historyk myśli – wyróżnił cztery takie elementy konieczne, których warto się chyba trzymać: „opis i diagnozę katastrofy dziejowej, która już się dokonała, interpretację przeszłości wyznaczającej stan obecny i przyszłość, teorię cywilizacji oraz próbę rekonstrukcji sensu dziejów”[8].

Dlaczego zatem nowy katastrofizm? Czym różniłby się od tylu wcześniejszych, które co najmniej od końca XIX wieku nawiedzają nasza kulturę, w tym oczywiście poezję? Powiedziałbym, że ma on ten przede wszystkim wyróżnik, że dokonując syntezy ekonomicznych, politycznych i socjologicznych możliwości naszej cywilizacji w kontekście globalnym a nie narodowym czy kontynentalnym (jak to zwykle bywało), wychodzi poza i ponad nią. Opisywana lub prognozowana przez najnowszą poezję katastrofa – czasem wyczekiwana, czasem witana z lękiem i należną jej grozą – nie ma ani charakteru ekonomicznego (choć w podtekście jest wygasanie neoliberalnej wszechmocy), ani nie wiąże się z jakimiś ewolucjonistycznymi teoriami wczesnej antropologii, dotyczącymi wygasania energii twórczych konkretnych narodów czy kultur (choć oczywiście i tu mówimy o starzeniu się i zmierzchu starej Europy oraz o nowym, amerykańsko-chińskim duopolu imperialnym).

Nie. Wszystkie te elementy po trochu wiążą się w tej narracji w opowieść o ludzkości przeciwstawionej Ziemi. To ona uwalnia się od nas, choć właściwie trudno sobie wyobrazić sensotwórczą opowieść o Ziemi po końcu człowieka. W nowomaterialistycznym numerze „Czasu Kultury” znajdziemy warty przytoczenia wywiad Olgi Ciemięckiej z Cecilią Asberg, która zajmuje się m.in. ekologiami feministycznymi w kontekście antropocenu (oczywiście znowu dostępne online[9]). Asberg przywoływała tam prace Spivak, którą – z tego co wiem, na naszych uczelniach dalej czyta się dość nieuważnie – i ogłaszała konieczność myślenia planetarnego w kontekście nowej humanistyki. Planetarnego, tzn. po pierwsze przekraczającego granice dyscyplin naukowych – jak robi to choćby Urszula Zajączkowska w też ostatnio nagrodzonych „Patykach, badylach”, po drugie wykraczającego poza nasze doraźne interesy społeczeństw, myślenia opartego na umiejętności spojrzenia na naszą relację z Ziemią w kosmicznej makroskali. W poezji takie rzeczy od dawna robi zresztą Grzegorz Wróblewski. Polecam przeczytać w ten sposób jego tomy – „Kosmonautów” czy „Runy lunarne”.  

Po pierwsze zatem: myślenie planetarne jako element etyki, a nie część spektaklu. Po drugie – w żadnym razie nie byłby to katastrofizm apokaliptyczny. Przytoczmy jeszcze uwagę Siergieja Awierincewa, historyka i eseisty, który wczesnochrześcijańskim krytpoteologiom poświęcił sporo rozpraw: „Apokaliptyk niezwykle silnie doświadcza historii: jako bólu, który należy ukoić, niemocy, którą trzeba wyleczyć, winy wymagającej odkupienia. […] Wystarczy powiedzieć, że apokaliptyk raczej nienawidzi historii, niż jej sprzyja, że najbardziej pragnie uwolnić się od niej”. Otóż, gdybym miał myśleć o tym nowym katastrofizmie, o sposobach jego przejawiania się w wierszach, powiedziałbym raczej o duszącym uczuciu ulgi, związanym z powrotem historii do wierszy – tej społecznej, klasowej i politycznej, ale i tej planetarnej, pisanej warstwami geologicznymi, a nie podbojami narodów. W tym sensie przychodzi ona jako swoiste odczarowanie postmodernistycznego impasu, fantazjującego o życiu w czasie martwym lub wyczerpanym. Zdaje się, że im mniej tego czasu nam zostaje, tym intensywniej odczuwamy jego kluczową rolę w myśleniu o pojęciu Historii.

 

V

 

Ale co właściwie może poezja w obliczu katastrofy? Jak może się z nią zmagać? W pierwszym przypadku w grę wchodzi oczywiście kategoria reprezentacji lub – bardziej interesująca – niemożności reprezentacji. Mamy słynne wiersze o WTC Wisławy Szymborskiej czy Ewy Lipskiej. Są one nie tylko reprezentacją tej katastrofy, ale też refleksją nad taką reprezentacja, oba bowiem dotyczą mediów i sposobów przedstawiania, a właściwie zawłaszczenia wydarzenia przez jego reprezentację (ta refleksja zaczęła się oczywiście od studiów nad Zagładą – jak reprezentować to, co niereprezentowalne, co wymyka się naszemu widzeniu i na ogół również naszej wyobraźni). Dlatego ciekawsza moim zdaniem jest ta druga strategia – wprost dotykająca właśnie niewyrażalności jakiejś katastrofy w obrębie języka, który posiadamy. I znowu mamy tu kilka możliwości: można tę niewyrażalność zadeklarować i omówić dookoła, wskazując na bezradność języka, można iść w stronę strategii apofatycznych, a więc religijnych i metafizycznych z teologii negatywnej, albo można wykonać manewr iście performatywny: spróbować katastrofę „odegrać” na oczach czytelnika za pomocą języka, oczywiście wykorzystując analogię z rozpadem samego języka, jego struktur syntaktycznych. Z takich analogii korzystali Celan, Różewicz i Białoszewski w kontekście wojny i Zagłady. Mniej więcej to samo zrobił w „Nich” Konrad Góra – odegrał analogiczny do katastrofy w Rana Plaza proces zawalania się języka jako domu. Znany poetycki topos zamieszkania w języku został tam potraktowany dosłownie jako zamieszkanie wśród ruin słów, które wydobywamy spod zawalonej wieży Babel i z których – już gotowych, choć niejednokrotnie połamanych, zepsutych – próbujemy odbudować nasza lepiankę. Jeszcze dalej posunął się ostatnio Piotr Przybyła w tomie „wspólny” – katastrofę języka doprowadzając do ostateczności, do rozproszonych na stronie liter, z których trzeba było samemu odbudować bazowe zdania[10].

Co zatem może wiersz? Całkiem dobrze wydobył to Wojnowski, chociaż literaturoznawcą przecież nie jest – literatura może co najwyżej performować katastrofę lub ostrzegać przed nią. Może być próbą analogicznego odtwarzania procesu niszczenia. Ale co, jeśli ten proces nie jest na tyle spektakularny, jak w przypadku WTC, pożarów australijskich lasów (tu zresztą też mieliśmy do czynienia z nieustanną estetyczną podróbką, „podrasowaniem”, kontynentalnymi mapami ognia itd., żeby unaocznić widzom skalę zjawiska) czy zawalenia się Rana Plaza? Co, jeśli brakuje narzędzi, które złożyć by się mogły na ten – celowy, świadomy – ruch tworzenia i niszczenia płaszczyzny reprezentacji? Wówczas zostają nam tylko retoryczne ćwiczenia wyobraźni. I nie mam tu na myśli nic złego czy gorszego od takiej literatury, która katastrofę próbuje spektakularnie odegrać na naszych oczach lub krytycznie ją ograć, nie poddając się silom spektaklu.

W tym pierwszym przypadku działa się na zmysły i emocje, poszukując porozumienia innego, niż oparte wyłącznie na racjonalnym umyśle. Afektywnie odtwarza się afektywność samej katastrofy. W tym drugim odwołuje raczej się do starej, arcynowoczesnej zasady krytycznego rozumu – do jego sposobu konfrontowania się ze światem poprzez zestaw pytań i odpowiedzi, zdolność podważania tez oraz wyciągania z tego wniosków. Przez retoryczność tych ćwiczeń wyobraźni rozumiem więc nie tyle ich skłonność do tworzenia rozbudowanych obrazów katastrof, jak na filmach katastroficznych rodem z Hollywood, ile spychanie całej tej wizualnej strefy na drugi plan, pod wyeksponowany poziom metajęzyka. Przychodzi mi na myśl cykl wierszy Maćka Taranka o zamach terrorystycznych – „boom”, podczas których podmiot zdobywa kolejne poziomy wtajemniczenia. Albo ostatni tom Szymona Szwarca „Cukry złożone”, gdzie koniec świata staje się swego rodzaju instrukcją, formularzem do uzupełnia, ujętym w kwadratowe nawiasy – też świetny pomysł. Przychodzi mi też na myśl ostatnia antologia „Wiersza i opowiadania doraźnego” (2020), w której ta retoryka, zestaw apostrof, instrukcji i interpelacji zastępuje na ogół samo obrazowanie[11]. Ale przede wszystkim myślę o dwóch tekstach Łukasza Gamrota – dwóch, które przywołam równocześnie, bo ich strategia jest podobna.

Katastrofa wydarza się akurat teraz, ale jest tak rozległa, tak czasowo rozciągnięta, że wszyscy żyjemy już w niej wnętrzu. Timothy Morton ukuł na potrzeby takich zjawisk pojęcie hiperobiektu – zjawiska zbyt rozproszonego czasowo i przestrzennie, żeby mogło podlegać pełnej reprezentacji, więc musimy sięgać po metonimię i metaforę. Takimi zjawiskami może być promieniowanie radioaktywne czy kolejne wielkie wymieranie. W mikroskali mamy do czynienia z jednym, kruszejącym lodowcem lub padającą akurat na preriach lwicą. W makro: zestawem danych, liczb i statystyk, ewentualnie wykresów, które na nikim nie robią specjalnego wrażenia. Pomiędzy jest pustka, którą wypełnić musi język literatury. A wracając do Gamrota – właśnie w tej pustce, w tym pomiędzy mikro i marko, w czymś, co nazwałbym „czarną plamką reprezentacji”, lokują się jego dwa wiersze.

O czym śpiewają pustynne kaszaloty

Instruktorka jogi 17 dni błąkała się po lesie na Hawajach.

Przetrwała, jedząc jagody i ćmy.

A teraz wyobraźcie sobie ćmy, które błąkają się

w wysuszonym ciele instruktorki jogi,

a dni liczą się w latach

i nie ma drogi powrotu.

Morze wyrzuciło na plażę we Włoszech ciało młodego kaszalota.

Z żołądka wyjęto kilogramy plastiku.

A teraz wyobraźcie sobie młodego kaszalota,

który wyrzucił z siebie morze,

a w potężnych aortach zamiast krwi

zorza płonącego, lepkiego świata,

płynny plastik, pulsar, śpiew.

Austria. Matka i bliźniaczki zagłodziły się na śmierć.

W ich mieszkaniu nie było jedzenia.

A teraz wyobraźcie sobie nas jako śmierć,

którą częstujemy własne dzieci.

A jeśli ktoś przyjdzie,

a może ktoś przyjdzie po nas,

to napiszą w dzienniku gwiezdnym,

że znaleźli nas martwych, zagłodzonych na śmierć,

a z żołądków wyjęto nam kilogramy plastiku,

a z plastiku wyjęto puste ciała naszych dzieci,

wyciśnięte jak tubki pasty do zębów,

i tylko na ścianach jakieś znaki, połamane zęby i próby ostrzeżeń.

Wydmy są niszczone. Zasoby wody pitnej się kurczą.

Wyspa, która walczy o przetrwanie.

A teraz wyobraźcie sobie Ziemię jako wyspę,

z której nie ma ucieczki.

Zasoby wody pitnej kurczą się.

Powietrze kurczy się.

Nie słychać już krzyków, nawoływań.

Nikt nie walczy.

Potężna ściana ognia i dymu.

Zablokuj drzwi i okna.

Żer

Dzisiejsze wiadomości chciałbym zacząć od historii wymierania,

od ciemnej plamki głodu w prowincji Hubei,

od słabego mężczyzny z miasta Wuhan,

który w sieć naprędce spowitą z włosów swojej zmarłej córki

łapał nietoperze, targał ich skrzydła i zachwalał mięso

na lokalnym targu w środkowych Chinach,

 

w jednym z największych ośrodków gospodarczych współczesnych Chin

z dużym udziałem kapitału wielkich światowych korporacji; rozwinięty

przemysł wysokich technologii, hutnictwo metali, przemysł włókienniczy,

spożywczy, maszynowy, stoczniowy, samochodowy, chemiczny oraz rafineryjny.

Centralny węzeł komunikacyjny, duży port nad rzeką Jangcy, port lotniczy

Wuhan-Tianhe.

Dzisiejsze wiadomości chciałbym zacząć od historii wymierania,

od roku 2020, w którym ludzie jedzą nietoperze, bo są głodni,

a noc rozkłada się w ich mięśniach,

pompowana przez potężne rzeki krwi,

które przelewają się z żołądka do tkanek,

z warg do czaszki,

z pękających soków trawiennych,

do prowincji Hubei, gdzie pożar trawi już 2000 osób,

a noc powoli wypełza z jaskini,

na żer.

Ten pierwszy wiersz pochodzi z 2019 z antologii „Wiersza i opowiadania doraźnego”, ten drugi z 2020. Proszę spojrzeć, jak bardzo niespektakularne są te teksty, jak niewiele się w nich dzieje na poziomie obrazowania. To, co w nich dostrzeżemy, to przede wszystkim pewien rodzaj retorycznego ćwiczenia języka czy też pracy, która zmuszają nas do uruchomienia wyobraźni, ale bez angażowania się w cały proces urzekania, przerażania, tworzenia katastroficznych wizji. Zawsze jesteśmy wewnątrz obrazu i natychmiast zostajemy wyrzuceni poza jego ramy, poza kadry. Ten pierwszy wiersz to właściwie kilka zestawionych zdarzeń, które rzeczywiście miały miejsce, oraz poetyckiej refleksji obok tych zdarzeń, właściwie odbijającej te zdarzenia, jak w negatywie, budujących coś, co jest już prawie że niewyobrażalne, a ma bezpośredni związek z kryzysem ekologicznym i katastrofą, która nas czeka. W przypadku tego drugiego mamy ciekawe techniczne rozcięcie – zawiązanie opowieści i przerwanie jej cytatem jakby z encyklopedii, pozbawionym jakichkolwiek emocjonalnych momentów, cytatem, który mógłby się ukazać w wiadomościach jako obiektywny opis. I ten opis działa na zasadzie retardacji – rozcinamy opowieść, żeby wrócić do niej w zupełnie innym kontekście, żeby to, co zostaje powtórzone, może nawet trochę uszczegółowione, zyskało nowy kontekst społeczny: kapitalistyczne, produkcyjno-eksploatacyjne tło.

To, co mnie w tym pierwszym wierszu nieustannie urzeka kolejny już rok, to jakiś rodzaj „spektakularnej niespektakularności”. Tego, jak daleko można pociągnąć takie zaproponowane ćwiczenia wyobraźni. Bo w gruncie rzeczy nic, co w tych fragmentach pada – „a teraz wyobraźcie sobie”, „a teraz pomyślcie” – nie jest abstrakcyjne, wzięte z kosmosu. Są to rzeczy bardzo nam bliskie, potencjalnie do pomyślenia, a zarazem kiedy już o nich pomyślimy – stają się katastroficzne i ostateczne, opisują koniec, który wymyka się naszemu pojęciu. Drugi wiersz skonstruowany trochę inaczej, ale korzystaja z podobnych strategii. Z jednej strony z takiego nabudowywanego obrazowania, patetycznego, detalicznego, na wysokim C, a z drugiej z retorycznego rozcięcia tego obrazu, z oddalenia spojrzenia, właściwie Ranciere’owskiego wydobycia ram tego, co widzialne.

Oba te teksty to katastrofizm w czystej postaci, ten, który mnie interesuje – planetarny. Nie chodzi w nim już o budowanie wielkich obrazów zagłady, o spektakularność apokalipsy. Chodzi raczej o to elliotowskie wyciszanie, skomlenie (not a bang but a whimper), gaszenie światła. Świetnie to ostatnio wydobył Szwarc: powolne gaszenie światła to jest to, co nam wszystkim grozi, „noc wypełzająca z jaskini na żer”, ewentualnie pożar, przed którym nie możemy się uchronić, możemy się tylko zabarykadować wewnątrz, nie ma więc żadnego transcendentnego spojrzenia, które zmieni go w obraz, w scenkę, w przedmiot estetycznego urzeczenia.

Wracając do Kryszaka. Zakładam, że książki naukowej nie można zaspoilerować, więc podrzucę Państwu ostatni akapit:

Nie wiem, czy nowa katastrofistyczna poezja rzeczywiście chciałaby zbudować „człowieka etycznego”, na pewno nie etycznego w XX-wiecznym rozumieniu etyki, ale wydaje się, że ten jej mechanizm narracyjny, dedykowany uruchomieniu wyobraźni, również jest swego rodzaju przęsłem, które ma czemuś służyć i coś udźwignąć. A zatem na koniec, w zależności od dostępności praw autorskich – dla każdego we własnym zakresie końcówka filmu, który problem myślenia planetarnego spopularyzował chyba jako pierwszy i do którego trzeba wracać raz po raz jak do dobrego wiersza, bo w gruncie rzeczy stosuje podobne techniki montażu, urzekania i retorycznego wyprowadzania poza kadr: „Koyaanisqatsi” Godfreya Reggio z 1982 roku (też dostępne online).

[1] D. Słowik, http://tworczosc.com.pl/artykul/co-mozna-robic-kiedy-ma-sie-deadline/

[2] B. Readings, Uniwersytet w ruinie, przeł. S. Stecko, Warszawa 2017.

[3] O. Szwabowski, https://www.bibliotekacyfrowa.pl/dlibra/show-content/publication/101963/edition/94785/

[4] https://magazynpismo.pl/idee/esej/wyleczmy-sie-z-kapitalizmu/?seo=pw

[5] Por. np. G. Kubiński, Alain Badiou. Onto-logia mnogości, Kraków 2009, https://depot.ceon.pl/bitstream/handle/123456789/5821/Alain_Badiou-libre.pdf?sequence=1&isAllowed=y.

[6] Kryszak, Katastrofizm ocalający: https://kpbc.umk.pl/dlibra/publication/17521/edition/26772/content

[7] P. Kaczmarski, Jakieś dziwne przeczucie, jak przed końcem świata. Argumenty za nową cezurą, „Wielogłos” 2020, nr 1, https://www.ejournals.eu/pliki/art/16789/pl.

[8] S. Mazurek, Wątki katastroficzne w myśli rosyjskiej i polskiej 1917-1950, Wrocław 1997, s. 19.

[9] http://czaskultury.pl/czytanki/myslenie-planetarne-i-nowa-humanistyka/

[10] Pisałem o tym dokładniej gdzie indziej: http://magazynwizje.pl/aktualnik/skurtys-przybyla/.

[11] Podsumowywałem ją tutaj: https://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/recenzje/poslowie-o-nadziei/.